piątek, 6 czerwca 2014




Stowarzyszenie "Wychowanie i Edukacja",  LO ZOK "Profesor"  oraz ZSUiP w Płocku zapraszają na:




III spotkanie
Tutorskiej Akademii Umiejętności
„Czytamy Korczaka”

W programie:
*Podsumowanie dwóch lat z tutoringiem w naszych szkołach,
*Wspólne czytanie fragmentów pism pedagogicznych J. Korczaka,
*Dyskusja, (oraz kawa, herbata, owoce i ciastka)

Zapraszamy tutorów i wszystkich tych, którzy chcą się więcej dowiedzieć o tutoringu – jako metodzie pracy w szkole.


17 czerwca 2014, godzina 12.45,
ZSUiP, Płock, ul. Padlewskiego 2,
sala  25 b (nowy budynek)










środa, 28 maja 2014

Zaskakują nas dobre wieści:)

Jutro świętujemy! 
Podkomisja stała ds. młodzieży w Sejmie RP jutro rozpatrzy informację Ministra Edukacji Narodowej na temat stosowania metody tutoringu w procesie wychowawczym, dydaktycznym i resocjalizacyjnym.
Naszym współpracownikom z Wrocławia, którzy są twórcami metody tutoringu na gruncie polskim - serdecznie gratulujemy i zazdrościmy - oni tam jutro będą:)

Radość i zaskoczenie, bo teraz nikt już nie powie, że to jakaś podejrzana metoda, albo "jakieś czarodziejstwo". Nie dziwcie się. Z takimi opiniami często się spotykamy w Płocku. Wkrótce więcej, na razie trzymam kciuki za przyjaciół z Wrocławia i ich jutrzejszy pobyt w Sejmie:)

poniedziałek, 5 maja 2014

Lustro



„Ona? Z pozoru uśmiechnięta dziewczyna. Każdy nauczyciel, każdy w szkole uważał ją kulturalną, niezwykle miłą dziewczynę. Faktycznie. W szkole taka była. Zawsze ładnie i schludnie ubrana, uśmiechnięta od ucha do ucha. Wszystkim pomagała i nic nie chciała w zamian. Jednak nikt nie znał całej prawdy. Ona udawała. W domu była sobą. Gdy tylko wracała do domu zakładała dres, zmywała makijaż, związywała wysoką kitkę i zamykała się w swoim świecie. Dlaczego taka była?      A jaka miała być? W domu się nie przelewało, rodzice pili, była sama. Nie lubiła nikogo obarczać swoimi problemami, więc wszystkie swoje smutki wylewała w żyletkę bądź w poduszkę. I było tak przez cały czas. Nikt nie zauważył, że jest z nią coś nie tak. Ona umierała w sobie... Nie przejmowała się tym, że nie ma się komu zwierzyć. Całą winę za alkoholizm rodziców zrzucała na siebie. Za każdym razem, gdy tylko widziała ich "pod wpływem",  zamykała się w pokoju. Chciała uniknąć wszelkich kłótni, czy głupich odzywek. Dla nich zawsze była nikim. Matka nie raz wyzywała ją, a ona nie pokazywała, że ją to boli. Cały ból wylewała na żyletkę. Miała ręce całe pokaleczone, całe w bliznach. Nie przejmowała się tym. Pragnęła tylko,        by atmosfera w domu była przyjemna, by wszystko było jak dawniej...                                                   Ale to tylko marzenia... A marzenia pozostaną marzeniami.”
Nie ja jestem autorką tego tekstu. Przytaczam go w całości, poprawiłam tylko kilka drobnych usterek. Napisała go osoba, którą znam. Pomyślcie - ilu takich ludzi znacie?  O wielu z nich nic nie wiemy. Ilu takich grzecznych, miłych uczniów mamy?
W tym tekście jest jedno - kluczowe zdanie:   Całą winę za alkoholizm rodziców zrzucała na siebie.
Dzieci nie wiedzą, że to, co dzieje się w rodzinie złego (alkohol, narkotyki, przemoc, awantury, rozwód) -  to nie jest ich wina. Nie są też w stanie powiedzieć sobie - to nie moja wina, że rodzice się rozwodzą, to nie moja wina, że ktoś mi bliski pije. Taki mały człowiek żyje w nieustannym lęku i poczuciu winy.  Ponieważ te uczucie dominują - zagłuszają inne, normalne (strach, ból, wstyd, radość, rozkosz, zadowolenie, duma). Wyobraź sobie: żyjesz w  odrętwieniu, odczuwasz na przemian paraliżujący strach (sam nie wiesz przed czym) i wstyd ( nie bardzo wiesz, czego się tak naprawdę wstydzisz). Zaczynasz wierzyć, że jesteś beznadziejna/y, nic nie znaczysz, nikogo nie obchodzisz. Nie dbasz o siebie - bo przecież nie jesteś nic warta. Przesadnie dbasz o innych. Zawsze, kiedy musisz wyrazić swoje niezadowolenie, masz poczucie winy. Zawsze myślisz, że robisz coś  źle. Starasz się unikać podejmowania decyzji, bo tego nie umiesz. Zwykła rozmowa przerasta twoje możliwości. Wystąpienie publiczne - to porażka. Myślisz, że nie będą Cię słuchać- bo przecież nie masz nic interesującego do powiedzenia. Ile czasu można tak żyć? Zapewniam, że długo. Pytanie do Ciebie - autorko tekstu cytowanego przeze mnie na początku: czy na pewno chcesz tak żyć? Stań przed lustrem i powtarzaj sobie codziennie rano: to  nie moja wina:) Uwierz, będzie lepiej:)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Straszne skutki wizytacji

Jak wygląda szkoła oczami uczniów? Tego możecie dowiedzieć się z doskonałej serii książeczek Sempe i Gościnnego "Mikołajek". Przyjrzałam się jednemu z opowiadań (I tom "Mikołajka") o tytule "Wizytacja". Opisuje on wizytę inspektora, w towarzystwie dyrektora, w jednej z klas. Oczywiście nic nie idzie tak, jak powinno, ale w przeciwieństwie do rzeczywistości, wszystko kończy się dobrze. Na początek pani wychowawczyni udziela dzieciom wskazówek, jak mają się zachowywać (wszystko opisane jest z perspektywy ucznia). Mikołajek relacjonuje, że: pani przyszła zdenerwowana i zakazała nam ... tu jest wymieniona litania rzeczy, których, w trakcie wizytacji, robić nie wolno, łącznie z tym, że nie wolno się śmiać. Potem śledzimy reakcje pani:
-pani się rozgniewała,
-pani miała minę, jak Kleofas, kiedy jest pytany, tyle, że nie płakała,
-pani wcale nie było do śmiechu,
-pani udała, że się rozgląda po klasie, a potem wskazała na Ananiasza (ten, jak wiadomo, jest kujonem i pupilkiem naszej pani),
-pani krzyczała "dosyć", 
i na końcu otrzymujemy zwięzły komentarz Mikołajka: "strasznie było wesoło".
Po co pani robiła to wszystko? Jej intencje były słuszne -  chciała, aby wizytator i dyrektor odnieśli jak najlepsze wrażenie.  Jednak zakazy zadziałały przeciwko jej zamiarom. Zawsze jest tak,  że kiedy próbujemy za wszelką cenę zrobić dobre wrażenie, nie udaje nam się to.
Jak przetrwać w klasie, w której dwadzieścia kilka par oczu śledzi każdy twój ruch?
Pamiętajcie (i zważcie u siebie- nie, sorry, to z "Dziadów"):
1. Wszystko, co dzieje się w klasie, zależy od tego, jak zachowuje się nauczyciel.
2. Uczniowie znają nas lepiej, niż nam się wydaje. Widzą, kiedy udajesz kogoś, kim nie jesteś. Bądź sobą:)
3. Jeśli sytuacja wymyka się spod kontroli, może uratować cię tylko zdrowy rozsądek i poczucie humoru.
4. I pamiętaj: wizytator- też człowiek.






sobota, 5 kwietnia 2014

Sprawa klasy VIII A




Dziś powracam do jednej z najlepszych książek o szkole: „Sposobu na Alcybiadesa”  Edmunda Niziurskiego.  Bohater zbiorowy – klasa VIII A - usiłuje uniknąć tego – czego w szkole uniknąć się nie da.
Chodzić do szkoły- chłopcy nawet trochę lubią, ale towarzysko – bez ocen, odpytywania i klasówek.  Niestety, nauczyciele jakoś bez tego żyć nie potrafią.  Dla tzw „grona” są to rzeczy potrzebne, jak tlen.  Zdesperowani uczniowie poszukują sposobu, aby uniknąć nieprzyjemnych szkolnych przygód. Kupują od starszych kolegów  sposób na jednego z nauczycieli -historyka zwanego Alcybiadesem.  Dzięki temu wiedzą, kto i kiedy będzie wyrwany do odpowiedzi      i o co zapytać, aby nauczyciel poprowadził wykład bez pytania.        I jest pięknie. Sposób działa. Wszyscy zadowoleni.  Na każdej lekcji uczniowie  umieją wszystko śpiewająco – wiedzą, kiedy będą sprawdzani i na ten dzień – raz w miesiącu – uczą się – w interesie spokoju reszty klasy. Mało tego – zadają ciekawe pytania i wydają się być zainteresowani przedmiotem. Oczywiście – złoty sen nie trwa długo. Klasa VIII A  zostaje wytypowana do oprowadzenia po mieście wycieczki młodych historyków z zaprzyjaźnionej szkoły.  Chłopcy orientują się, że będą musieli wykazać się i to w warunkach – których wcześniej nie da się przewidzieć za pomocą „sposobu na Alcybiadesa”.  W przypływie rozpaczy postanawiają opowiedzieć wszystko nauczycielowi, przypuszczając,  że to go załamie.Ten jednak mówi im, że dość szybko odkrył,  co się dzieje   i nie tylko dał się nabrać, ale świadomie podjął grę. Delikatnie prowadził klasę tak, aby tematy podejmowanych dyskusji były zgodne z programem nauczania.  Wiedział! Od początku wiedział    i tylko udawał naiwnego!
Najlepsze jednak przed nami. W czasie wycieczki okazuje się, że VIII A  dysponuje sporą wiedzą historyczną i to w bardzo oryginalnym ujęciu. Chłopcy zaskakują przede wszystkim siebie, ale wprawiają też w osłupienie  dyrektora szkoły.
Co z tego wynika?
Przede wszystkim pytanie: czy czasami nauczyciel  nie powinien odłożyć na półkę nadętej powagi urzędu? Czy zawsze musimy funkcjonować w miniaturze korporacji?  Czy nie za wcześnie fundujemy naszym dzieciom „wyścig szczurów”?
Czy nauczyciel to urzędnik? Jak  sprawdzana jest  nasza praca: kontroluje się, czy  wymagana ilość godzin została zrealizowana i zapisana w dzienniku pod odpowiednimi numerkami. Urzędników,  dzieci w ogóle nie obchodzą. Są tylko  peselami, układanymi w tabele wg dat urodzenia, miejsca zamieszkania i umiejscowienia w staninach (to pojęcie z badania EWD). Pojedynczy uczeń się nie liczy. I piszę to, ze świadomością, ze jest coś takiego jak ewaluacja, która z założenia miała być spojrzeniem na szkołę z perspektywy rodzica i ucznia. Spytajcie w szkołach, które mają to już za sobą. To kolejny proces  produkowania papierów i wypełniania rubryczek. Oddaliśmy szkołę w ręce biurokratów.  Szkoła nieszablonowa – taka jak nasze – nijak do tego systemu nie pasuje. ( Dla zainteresowanych: www.profesor.drl.pl)
I sprawa druga, ważniejsza. Czy groźba wyrwania do tablicy w każdej chwili rzeczywiście powoduje, że uczniowie lepiej i efektywniej opanowują zadany materiał. Zastanawiam się czasami, czy można by zrezygnować w szkole z tzw „odpytywania” i zająć się po prostu dyskusją nad czymś ciekawym? Większość uczniów i tak uczy się „do klasówki”, a ci którzy wolą systematyczność - będą pracować.  Czy naprawdę w XXI wieku nie ma innego sposobu sprawdzenia wiedzy, jak tylko stawianie pod tablica i publiczna weryfikacja, w najmniej spodziewanym przez ucznia momencie?  A gdyby tak……